Timothée Chalamet powiedział kilka słów za dużo?
Timothée Chalamet stał się ulubieńcem widzów po tym, jak otrzymał rolę nastoletniego Elio w produkcji Luki Guadagnino pt. „Tamte dni, tamte noce” – za ten występ aktor został on nawet nominowany do Oscara. Po tym angażu kariera Amerykanina nabrała niesamowitego tempa i pojawiły się kolejne produkcje, w ramach których mógł pracować m.in. ze Stevem Carellem, Florence Pugh czy Saorsią Ronan. Kolejnym momentem przełomowym na aktorskiej drodze Chalameta była ekranizacja literackiej „Diuny”, w której ten otrzymał rolę Paula Atrydy, syna księcia Leto.
Dziś Timothée Chalamet to jeden z najważniejszych aktorów młodego pokolenia w Hollywood. Teraz jednak 30-latek dość mocno naraził się nie tylko swoim fanom, ale i kolegom i koleżankom po fachu.
„Nikogo to nie interesuje”
Aktor brał ostatnio udział w wydarzeniu „Variety & CNN Town Hall”, podczas którego, razem z Matthew McConaughey, dyskutował o kinie i tym, jak zachowują się współcześni widzowie. Ku zaskoczeniu wielu osób, Chalamet wysnuł w pewnym momencie stwierdzenie, że miejsca takie jak opera czy balet nikogo już nie interesują.
Nie chciałbym pracować w balecie lub operze, gdzie panuje atmosfera typu: ‘Hej! Utrzymajcie to przy życiu, mimo że nikogo to już nie interesuje’.
– Z całym szacunkiem dla ludzi związanych z baletem i operą – szybko dodał. – Właśnie straciłem 14 centów w oglądalności. Bez powodu narażam się na krytykę.
Słowa Amerykanina spotkały się z niezadowoleniem osób związanych z takimi przedsięwzięciami artystycznymi. W mediach społecznościowych zaczęły pojawiać się filmiki skierowane do aktora, których autorzy udowadniają, że wspomniane przez niego dziedziny cały czas mają się bardzo dobrze.
Timothée walczy o Oscara
Do tej pory Timothée był ulubieńcem widzów, którzy licznie obstawiali, że 16 marca otrzyma swoją pierwszą w życiu statuetkę Ostara za pierwszoplanową rolę w filmie „Wielki Marty”. Czy taka wizerunkowa wpadka negatywnie wpłynie na jego szanse na nagrodę? Przekonamy się już niebawem.




